Pandemia która opanowała świat nieco odpuściła i po dłuższej przerwie mogliśmy zorganizować jakiś wspólny wyjazd. Wybór padł na Bieszczady. Niektórzy z nas byli w tych rejonach po raz pierwszy.

Na początku był Sanok.

.

Rynek i ratusz.
Stara część miasta jest tak usytuowana że za ratuszem jest taras widokowy z którego kilka zdjęć.




.Ze Szwejkiem każdy chciał mieć zdjęcie.

.
.

A to pomnik Grzegorza z Sanoka. Pisał po polsku już w XV wieku. Jeszcze prze Mikołajem Rejem…

Pomnik Synom Ziemi Sanockiej Poległym i Pomordowanym za Polskę.
Ale jedziemy dalej. Nasz cel to Myczkowce nad jeziorem o tej samej nazwie.

Trudno nie wykorzystać okazji i po drodze nie zwiedzić ruin Klasztoru Karmelitów Bosych w Zagórzu.




Braciszkowie też kiedyś mieli fajne widoki. No ale żeby móc je teraz podziwiać musieliśmy się trochę napocić.


A tutaj opis tego co można podziwiać.

Jeszcze jeden widoczek. Ta rzeka to Osława.

A na koniec przyklasztorny ogród.
Wreszcie dotarliśmy do naszej bazy.

Trochę nietypowo bo tym razem zostaliśmy zakwaterowani w domkach.
Nic to. Idziemy na kolację i tym razem nietypową bo ogniskowo-grillową.

A co waćpanny tutaj robią ? Nóżki sobie grzeją. Panowie jak widać grzeją co innego. No cóż połowa września i Bieszczady.

Duet zgrany Wiesiek & Adam.

A Rysiu do rytmu.


Adasiowi aż struna pękła. Z wrażenia.

Było kilku i kilka chętnych żeby sprawdzić co się tam pod tymi falbankami kryje.
I tak miło zakończył nam się dzień pierwszy.
Rano jedziemy po trasie.
Najpierw Muzeum Młynarstwa Ustrzyki Dolne.





Nie będę opisywał co jest na zdjęciach bo się na tym nie znam. Trzeba tam być i posłuchać właściciela który jest młynarzem i się na tym po prostu zna. A że Muzeum jest połączone z karczmą to spędziliśmy tam trochę czasu.




Harley mój to jest to kocham go. Bo na takiego mnie stać.



Na zewnątrz też było trochę sprzętu. Wcale nie młynarskiego.
Jedziemy dalej.
Kolejny przestanek Lutowiska.



Punkt widokowy a w dole …stanica Kresowa Chreptiów. Na tych terenach kręcono film Pan Wołodyjowski.
Obecnie w stanicy jest hotel.
Teraz jedziemy do Cisnej. Jest tam taki lokal znany w całej Polsce. Trzeba go odwiedzić.
Ale po drodze trafiają się perełki. Być w Bieszczadach i nie zobaczyć cerkwi…





Procisne. Cerkiew greckokatolicka pw. św. Michała Archanioła. Cerkiew w trakcie przygotowań do ślubu.



Nasi tu byli.



A przed cerkwią zaparkowany Gaz 69 stan idealny ( w tle). Oczywiście tych dwóch z tyłu to nasi emerytowani woźnice.
I przed nami Cisna.



No i to z czego Cisna słynie.


My zjedliśmy po sąsiedzku.
Wracamy do naszej bazy.
Po tych eskapadach czeka nas obiadokolacja i aby uniknąć zakwasów trzeba kontynuować ruch.


Na początku panowie tworzyli trio. Ale nie na długo.


Kiedy na zewnątrz zrobiło się ciemno trio się trochę rozbudowało. Jak widać w zmiennym składzie.

A nasze Panie jak zwykle chętne. Do tańca oczywiście.
No i nastał dzień trzeci i ostatni.

Pakujemy się do autobusu i w drogę. Przed nami zapora Solina.

A oto i ona. Właściwie to jej początek.



Ta anielica ma dziwnie wytarte pewne części ciała. Ciekawe dlaczego.

Miś jest dziki miś jest zły. Wcale nie.


W oczekiwaniu na zaokrętowanie.

Panowie a na co złowiliście tą sztukę ?
My na agregat.
Jaki agregat ?
Prądotwórczy.

No to płyniemy. Żeby kapitan wiedział gdzie to mu się podpowie.






Jeszcze trzeba zejść a tu się wszystko rusza. Ciekawe choroba morska czy wczorajszy wieczór.
Richard jak zwykle na posterunku z pomocną dłonią.



Jeszcze ostatnie spojrzenie na jezioro solińskie i czas wracać.
Do następnego.
